Poznałam go mając 16 lat i... zakochałam się bez pamięci. Był taki cudowny, z poczuciem humoru , zaradny i pracowity. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, restauracja , kino, spacer, małe wycieczki. Sądziłam, że to właśnie ten. Cztery cudowne lata tak szybko mineły.
Potem coś pękło, coś się zmieniło.
Pierwszy raz mnie uderzył, gdy wrócił z pracy ktoś mu powiedział, że go zdradzam...
Byłam przerażona.. Oczywiście później przepraszał, obiecywał że się więcej to nie powtórzy.
Słowa dotrzymał to było pierwszy i ostatni raz potem znowu było cudownie.
Zaszłam w ciąże, urodziłam Lenę, dziś ma 8 miesięcy, wychowuje ją sama. Dlaczego?
Jak do dotąd mnie nie uderzył, ale wierzcie słowa bardziej bolą niż czyny już w ciąży traktował mnie bardzo źle. To ja do dnia samego dnia porodu wstawałam o 4.30 by mu zrobić śniadanie ciepła herbatę by on łaskawie pół godziny później mógł się zwlec z łóżka, to ja sprzątałam, robiłam zakupy by on mógł siedzieć wygodnie przed telewizorem, robiłam wszystko by go zatrzymać.
Urodziła się Lena on się nie zmienił, a no przepraszam zmienił, pracę kończył o 14, a do domu wracał o 22. Wracał wyzywał, obrażał. Miałam dość gdy Lena skończyła 3 tygodnie a on ani jednego dnia nie spędził z nami kazałam mu się wyprowadzić i tak już zostało.
Nie rozumie jak człowiek którego tyle znałam mógł się tak zmienić, czasami do mnie piszę by znowu mnie obrazić i poniżyć... o córkę nie pyta.